Dzień pełen pechowych przygód...

2015-01-31

Chyba żaden z rajdów, w których występowali Paweł Molgo i Janusz Jandrowicz, nie miał tak dramatycznego początku jak 18. Historyczny Rajd Monte-Carlo. Przypomnijmy – w piątek Polacy wyruszyli z francuskiego Reims na 788-kilometrową trasę etapu „gwiaździstego”, której celem była miejscowość Saint-André-les-Alpes. Całonocna jazda leciwym Fiatem 125p obyła się bez niespodzianek i Polacy stawili się na miejscu zgrupowania wszystkich uczestników rajdu. O dłuższym odpoczynku mowy nie było, bowiem na sobotę organizatorzy zaplanowali jeszcze pierwszy „test regularności” na trasie Saint-Jean-la-Riviere – Levens, a następnie przejazd do parc fermé w Monako. Nasi zawodnicy znakomicie poradzili sobie z pierwszym sprawdzianem ich umiejętności, meldując się na wysokim 28. miejscu (na blisko 300 startujących załóg), odnotowując stratę zaledwie 5 punktów do lidera. Nagroda za dobrze wykonane zadanie w postaci hotelowego łóżka w Monako wydawała się już być na wyciągnięcie ręki – wystarczyło pokonać kilkadziesiąt kilometrów i zameldować się o wyznaczonej godzinie na finałowym Punkcie Pomiaru Czasu.

Gdy Polski Fiat 125p z numerem startowym 85 pokonywał już ostatnie kilometry podmiejskiej autostrady, samochód nagle przestał reagować na dodawanie gazu... - Sześciopasmowa autostrada, mrowie aut, rozpędzone TIR-y, a my zatrzymujemy się na dwukilometrowym podjeździe, blokując jedną z nitek – relacjonuje Paweł Molgo. – Takie sytuacje nie przytrafiają się nawet w koszmarach sennych! Nawet przy rozstawianiu trójkąta awaryjnego okazało się, że gdzieś zaginęła jego podstawa. Czuliśmy się jak bohaterowie filmów Barei... Kilka minut po zatrzymaniu się podjechała do nas pomoc autostradowa, która zablokowała nasz pas ruchu, ale jej pracownik zapowiedział również wezwanie lawety, co oznaczałoby dla nas koniec rajdu. Na szczęście w tym momencie z piskiem opon zahamowali obok nas Jacek i Marcin Grochowscy, z którymi szybko zlokalizowaliśmy usterkę. Była nią pęknięta końcówka linki gazu, której nie byliśmy w stanie naprawić na miejscu, ale z pomocą bardzo długiej „trytytki” pożyczonej od naszych życzliwych kolegów Janusz zdołał ustawić stałe obroty silnika na poziomie 4000 tysięcy obr./min. Umożliwiło nam to ruszenie z miejsca i jazdę... na pierwszym biegu. Dwukilometrowy podjazd pokonaliśmy z „zawrotną” prędkością 8 km/h, na szczęście cały czas zabezpieczani przez patrol. Gdy wreszcie wdrapaliśmy się na szczyt i opuściliśmy autostradę, pozostało już tylko zjechać na dół do PKC-a, gdzie odnotowaliśmy około 8-9 minut spóźnienia. Niestety oznacza to dużą karę i koniec marzeń o dobrym miejscu w klasyfikacji końcowej rajdu, ale i tak nie posiadamy się z radości, że wciąż jesteśmy w grze! Fiat stoi obecnie zamknięty w parku maszyn, ale w niedzielę rano powinniśmy mieć około pół godziny czasu na wymianę linki. Zapasową mamy w naszym aucie serwisowym, a nasi mechanicy znają swój fach doskonale. Chcielibyśmy jechać dalej i pokazać na oesach, na co nas stać.