Limit pecha wyczerpany. Wspomnienia z Turkmen Desert Race 2018

2018-11-16

– Zabrakło nam szczęścia. W Turkmenistanie zawiódł nowy silnik, który uległ niespodziewanej awarii, eliminując nas z walki. Bardzo żałuję, bo początek rajdu był dla nas bardzo obiecujący, otwierając przed nami perspektywy na zajęcie miejsca w czołowej piątce klasyfikacji końcowej. Do Polski wróciliśmy więc pełni niedosytu, za to pod ogromnym wrażeniem piękna i bezkresu pustyni Kara-kum – opowiada Paweł Molgo, który w dniach 7-15 września brał udział w maratonie Turkmen Desert Race.     

Dla Polaków z zespołu NAC Rally Team udział w rajdzie był zarazem wyprawą w nieznane. Mimo ogromnego doświadczenia zgromadzonego w czasie innych maratonów rozgrywanych w Azji i Afryce organizacja wyjazdu do Turkmenistanu rządzonego twardą ręką Gurbanguly'ego Berdimuhamedowa nie należała do prostych zadań. Nikt nie widział, jakie warunki czekają na miejscu zawodników, jaka jest specyfika trasy, jak przygotować się na rywalizację. 

– Przywitano nas z niespotykaną gościnnością – opowiada Paweł Molgo. – Każdy z zespołów otrzymał do pomocy opiekuna, który – jak łatwo się domyślić – miał również zadanie mieć nas na oku, abyśmy nie poczuli się zbyt „samodzielni”. Turkmenistan w pewnym stopniu przypomina Koreę Północną rządzoną przez satrapę, z tą jednak różnicą, że ze względu na ogromne złoża gazu, nie brakuje mu na nic pieniędzy. Obowiązywała nas więc godzina policyjna, nie mogliśmy sami wyjść na zakupy, naszym występom przyglądali się jednakowo ubrani kibice przywiezieni rządowymi autokarami. Z drugiej strony miasta lśniły czystością, paliwo kosztowało grosze (my otrzymywaliśmy je za darmo w ramach pakietu startowego), a stolica, jej lotnisko aż onieśmielały nas swym bogactwem i przepychem.     

To, co przerażało zawodników z Zachodu, naszym reprezentantom przypominało dawne czasy PRL-u i raczej śmieszyło niż straszyło. Wspomnieniem minionej już dla nas epoki był wszechobecny język rosyjski, z którego pomocą można było się porozumieć z większością mieszkańców państwa wciąż niepotrafiącego – w odróżnieniu od innych dawnych republik radzieckich: Kazachstanu, Uzbekistanu czy Kirgistanu – otworzyć się na świat pomimo podejmowanych prób, czego dowodem jest organizacja Turkmen Desert Race czy ubiegłorocznych Halowych Igrzysk Azjatyckich i Mistrzostw Sztuk Walki. Widok turysty na ulicach Aszchabadu, przebudowanego za ogromne pieniądze płynące ze sprzedaży gazu, nadal jest rzadkością, co tym bardziej podnosiło atrakcyjność rajdu, w którym wzięli udział Polacy.

Jedną z największych (również w  bardzo dosłownym sensie) atrakcji Turkmenistanu jest pustynia Kara-kum zajmująca ponad trzy czwarte obszaru kraju, na której Jean-Louis Schlesser wytyczył trasę swojego rajdu. Nie mógł lepiej wybrać, gdyż oferuje ona ogromną różnorodność terenu i nawierzchni, zaspokajając gusta nawet takich wyjadaczy jak Nani Roma, który od trzech dekad startuje w największych imprezach cross-country na świecie. 

– Kamienie, piasek, wydmy, jeziora... – krajobraz codziennie się zmieniał, a wraz z nim warunki, w których przyszło nam walczyć – opowiada Paweł Molgo. – Na monotonię nikt z nas nie mógł narzekać. Kara-kum idealnie nadaje się do cross-country, żałuję tylko, że nie dane nam było nacieszyć się jej walorami. Po trzech dniach walki musieliśmy rzucić ręcznik z powodu awarii nowego silnika. Traktuję to w kategoriach pecha, bo takiego obrotu sytuacji nikt z nas nie mógł przewidzieć. Powoli budzi to we mnie zniecierpliwienie, bo od roku szczęście ewidentnie nam nie sprzyja. A bez niego w motosporcie nie ma sukcesów. 

Przeszkodą, która stanęła na drodze załogi NAC Rally Team do mety w Hazarze, było niesprawna sonda lambda, która doprowadziła do uszkodzenia wtrysków, do czego przyczyniły się także bardzo wysoka temperatura powietrza (ponad 40 stopni Celsjusza) i kiepska jakość paliwa. Naprawa jednostki w czasie jednej nocy na biwaku nie była możliwa i ostatecznie Polaków zabrakło na starcie czwartego etapu rajdu.  

– Niestety nie udało nam się osiągnąć mety, a to było naszym głównym celem – podsumowuje Paweł Molgo. – Myślę, że mieliśmy duże szanse na zajęcie miejsca w czołowej piątce. Na prologu zajęliśmy 7. lokatę, a z każdym dniem jechaliśmy coraz szybciej, bez problemu doganiając na przykład Balazsa Szalaya, który w klasyfikacji końcowej był 6. Nani Roma i zaciekle walczący Miroslav Zapletal byli poza naszym zasięgiem. Zawodnik gospodarzy Hojaguly Annamammedow rywalizował – jak można się domyślić – na „specjalnych” warunkach. Świetnie radził sobie Rosjanin Denis Krotov w BMW, a piąty na mecie Vincent Thijs dysponował podobną Toyotą do naszej. Dla mnie występ w Turkmenistanie był w pewnym stopniu pustynnym debiutem – nigdy nie jeździłem po wydmach rajdówką grupy T1, a to zupełnie inne ściganie niż za kierownicą T-dwójki. Cóż, widocznie tak miało się stać. Pech nie opuszcza nas od roku – w 2017 utopiliśmy silnik w Przasnyszu, w 2018 nie udało nam się odczarować tego miejsca, bo dopadła nas awaria pomp. Ubiegłoroczny Rajd Safari też nie poszedł po naszej myśli... Szczęście musi w końcu do nas wrócić, dlatego już myślimy o odpowiednim przygotowaniu się do przyszłego sezonu. 

Na przedstawienie planów zespołu NAC Rally Team przyjdzie jeszcze czas, ale już dziś wiadomo, że gwoździem przyszłorocznego programu będzie powrót na kenijskie trasy klasycznego Rajdu Safari. Do startu przygotowane są... dwie rajdówki: sprawdzony Mercedes 350 SLC, który został już wyposażony m.in. w nową skrzynię biegów i lepsze amortyzatory, oraz konstruowany od zera przez serwis Moonsport Porsche 911, który ma dotrzymywać kroku najmocniejszym autom, które biorą udział w tym rajdzie. – Jestem fanem mojego Mercedesa, ale w 2019 roku przypada pięćdziesięciolecie występu w tych zawodach Sobiesława Zasady za kierownicą Porsche – wyjaśnia Paweł Molgo. – By to uczcić, postanowiłem zbudować podobne auto, które – mam nadzieję – będzie równie szybkie jak jego. Wszystkie kluczowe podzespoły mamy już zgromadzone – karoserię zbudowała firma z Bielska-Białej, Reiger dostarczył amortyzatory, a AP Racing hamulce. W silniku wtrysk elektroniczny został wymieniony na gaźnik, który jest mniej awaryjny. Bardzo dużo części przybyło z Belgii, której warsztaty słyną z produkcji wysokiej klasy części do klasycznych rajdówek. Już nie mogę doczekać się, kiedy wszystkie „klocki” zostaną ułożone w całość, a ja będę mógł sprawdzić możliwości sportowej dziewięćsetjedenastki!